A mnie się marzy kurna chata,
Zwyczajna izba zbita z prostych desek,
Żeby się odciąć od całego świata,
Od paragonów, paragrafów i wywieszek.
Zaszyć się w kącie w kupie liści
Tak, żeby tylko koniec nosa było widać,
Nic nie zamiatać, nic nie czyścić,
Nie kombinować, co się jeszcze może przydać.
Kiełkuje tu i tam tymotka,
Na klepisku rośnie czterolistna koniczyna,
Nie myśli się o ścisku, o wycisku,
Nic się o czternastej nie zaczyna.
Wolno grubieją ci paluszki
I wolno rosną kędzierzawej brody pukle.
Niszczeją zgrzebne ciuszki,
A tobie nie żal nadziewanych pączków z lukrem.
A mnie się marzy kurna chata
I trzaskające w kurnym piecu smolne pieńki
I dochodzący głos kolegów:
"Pójdźmy wszyscy do stajenki..."
Gdzieś tam prezydent zbiegł w szlafroku,
Gdzieś tam przyjęli jako wskaźnik stopę zysku,
Pięć wizyt, sześć wyroków,
Ktoś przez pomyłkę rekord świata pobił w dysku.
A tu tymotka wprost z podłogi
Strzela w niebo i lwie paszcze rosną dzikie
I sercu drogiej nie masz tu załogi.
Tutaj możesz się nie liczyć z nikim,
Budzi cię leśnych ptasząt duet,
Więc się przeciągasz,
a stwierdziwszy ssanie w dołku,
Przyswajasz razową bułę
I zaraz lżej ci na tym ziemskim łez padołku.
Jan Kaczmarek
wtorek, 3 sierpnia 2021
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz